Tuesday, October 5, 2010

Tonga Ponga

Jest 4 nad ranem 1 pazdziernika, w Polsce studenci wlasnie smigaja na studia, a my stoimy w dryfie 10 mil od Savusavu na Fiji. Heh stanie w dryfie to prawie tak jak jazda z autopilotem;p Tylko robimy 1 wezel, zamiast jakichs 5, nno ale cos za cos. I znalazl sie w koncu czas na napisanie trzech slow o ostatnich dwoch tygodniach - w krolestwie Tonga.

Hm, Vava'u group na Tonga, idealne miejsce do zeglowania, setki wysp, zatok i kotwicowisk idealnie oslonietych od oceanicznej fali. Kupa czesto odwiedzanych miejsc, gdzie zawsze sie spotka jakichs znajomych. Kupa mniej popularnych, gdzie lezac na malutkiej plazy, ogrodzonej po obu stronach klifami, dziecinnie latwo ulec mozna wrazeniu, ze jest sie jedyna zywa istota na wyspie gdzies na srodku oceanu. Nno, moze nie liczac paru dzikich koz.
W lesie rosna dzikie drzewa pomaranczy i mandarynek.
Tonga jest jedynym miejscem na Pacyfiku, ktore nigdy nie bylo niczyja kolonia. W stolicy, Neiafu, wyraznie widac jakis taki swoj wlasny, indywidualny, tonganski klimat; nie czuc tej zachodniej atmosfery, ktora byla obecna np. na Polinezji Francuskiej. A no i pierwszy raz od pol roku, jestesmy w miejscu, gdzie jest taniej niz w Polsce.

Co roku sa organizowane tutaj spore regaty, a w miedzy czasie, na jednej z malych wysepek, najwieksza bibka na Tonga. Jako, ze my nie bralismy udzialu w regatach, nie bylismy teoretycznie zaproszeni. Wszystkie jachty stanely na kotwicowisku na N wyspy. No to co, my ciach na to idealnie osloniete, wygodne kotwicowisko na S. Chcielismy sobie elegancko przejsc na druga strone wyspy. Wyszlo w koncu tak, ze przez prawie godzine przedzieralismy sie juz w nocy, przez geste krzaczory (nie bylo zadnych sciezek), sugerujac sie tylko kierunkiem skad dochodzila muzyka. Na miejscu, popijajac rum, obczajamy dobre patenty. Ogolnie impreza w stylu pirackim. Jakies mroczne wizualizacje wyswietlane na powieszonych na drzewach zaglach. W rogu, na gorce wybudowana polowa zaglowca, na ktorym tanczyly swiecace sie w uv kobiety piraci. Gdzies dalej walczace na miecze swietlne szkielety. Fire show. Jak zwykle super miedzynarodowe towarzystwo. Darmowe drinki.

Hm, ciekawe, ludzie na Pacyfiku w wiekszej wiekszosci wygladaja na duzo mlodszych niz sa w rzeczywistosci. I to tak konkretnie, np. wygladajaca na 20 lat kobieta na targu w Neiafu, okazuje sie matka czworki dzieci, z czego najstarsze ma 17 lat. Widac, jaki bezstresowy styl zycia i dobra dieta maja wplyw na organizm.

Ogolnie to na tym naszym Pacyfiku jest bardzo niebezpiecznie.
-Ktoregos razu wybralismy sie z Henrikiem do jaskini, takiej tu duzej jaskini, co to do niej mozna tylko od wody wplynac. Wzielismy wiec dinghy i poplynelismy. Wielka jaskinia, nietoperze i inne taie atrakcje. I juz jak wracalismy, tuz przy Nektonie, patrze, a tu sie cos wije w baczku, mowie 'ty Henrik, mamy weza w dinghy', a on 'no co ty'. Nie wiedzielismy co to jest, podplynelismy do Nektona, jakims patykiem wyrzucilismy tego weza do wody. Potem sie okazalo, ze to waz morski, najbardziej jadowity wez na swiecie. Musial siedziec w baczku jakies dobre 10 minut.
-Innego razu, na dyskotece, pewien czlonek zalogi, ktory prosil, zeby nie ujawniac jego imienia (powiem tylko ze zaczyna sie na litere H) zostal zaatakowany przez lokalnego fakalady (facet brodziasty, w ubraniu i makijazu kobiecym). Na wstepie, poszkodowany zostal brutalnie pocalowany, nastepnie podwojnie spoliczkowany. Po czym agresor sila wyciagnal ofiare z dyskoteki i zaciagnal do rosnacego nieopodal drzewa, gdzie nastapila proba gwaltu oraz gdzie w koncu pokrzywdzonemu udalo sie wyswobodzic z rak oprawcy.
-Kolejnym zagrozeniem, czychajacym na nasze zdrowie jest grozna, tropikalna choroba, atakujaca uklad pokarmowy, w regularnych odstepach czasu, jednakze objawy najbardziej odczuwalne sa w nocy. Jest to packmanus pacyfikus pospolitus lub jego grozniejsza odmiana packmanus melanezjus ludojadus.

Karol

----------
radio email processed by SailMail
for information see: http://www.sailmail.com

Friday, September 17, 2010

Bora Bora, Palmerston, Niue i o tym jak sie Nektonska rodzina powiekszyla

A wiec. Tak. Pani od polskiego w podstawowce mowila zeby nie zaczynac wypowiedzi od 'a wiec'. Chyba ze jak skoncze szkole. A troche jakbym juz skonczyl moja edukacje jezyka polskiego, wiec chyba mam prawo zaczynam wypowiedz od 'a wiec'.
Nno.
Bora bora. Troche nie bardzo oczekiwalem fajerwerkow. W przenosni. Doslownie moze i tak. Skoro mieszkajac idealnie po drugiej stronie kuli ziemskiej zna sie nazwe tej wyspy, to musi byc masakrycznie zawalona tlustymi amerykanskimi turystami. Ale w sumie czemu jest taka znana? Bo wybudowali tam te resorty, na ktore mozna se pojechac w podroz poslubna. Tak. Ale na Pacyfiku sa tysiace wysp, wiec ktos kiedys musial wybrac akurat Bora zeby tu budowac te resorty. No i okazuje sie ze wyspa jest calkiem ladna. O ile sie trzymasz daleko drogich bungalowow, nurkowanie jest spoko i widoki ladne i ponoc siedem kolorow wody w lagunie.
Raczej nie bede opisywal tych kompromitujacych imprez z muzyka z lodki i parkietem na doku, tancow na bomie i na smietnikach czy konkursach tancow na rurze w damskiej bieliznie. Duzo dobrej zabawy w duzym polskim towarzystwie.

Maupihaa. Przez dwa dni myslelismy ze wyspa jest bezludna. Heh zaczyna sie polinezyjska zabawa. Na mapie 5 plaw, na zywo 2 patyki. Cala mapa przesunieta pol mili na polnoc. Idealnie widac na mapie jak plyniemy przez srodek rafy.

Palmerston. 140 lat temu zamieszkal tutaj William Marsters, sprzatacz kibli z palacu Buckingham wraz z jego trzema maoryskimi zonami, z ktorymi mial 26 dzieci, z ktorych potem powstaly trzy rodziny. Teraz na wyspie mieszka 67 osob, kazdy jest z kazdym spokrewniony, wszyscy maja to samo nazwisko. Wyspe mozna obejsc w 15 minut, na dobra sprawe nie ma chwili zeby mozna byc samemu, lub nie byc zaatakowanym przez wesole dzieciaki, ktore skutecznie wyczerpuja nasze baterie kazac siebie nosic, krecic, biegac czy grac w palmersonskiego zbijaka. Trzy rodziny konkuruja miedzy soba o to, ktora ugosci zeglarzy, wrecz scigajac sie w swoich lodkach do jachtow. Naszym gospodarzem zostal Bob Marsters. Kazdego dnia zabieral nas swoim dinghy na lad. Codziennie jedlismy pyszne lokalne jedzenie, pomagalismy lokalsom w pracach roznych, karmilismy swinie i kury kokosami. Nawet nauczylismy sie miliona lokalnych trikow na przyrzadzanie kokosow i chlebowcow na miliony sposobow w 17 roznych stadiach rozwoju. Jedlismy kokosowe kraby, ktore rosna do ok 80cm rozpietosci nog i Bosun Birds, ptaki, ktore sa pod ochrona we wszystkich innych miejscach oprocz Palmerstonu i ktore kosztuja w stolicy Wysp Cooka ok 60 dolarow za ptaka wielkosci golebia. Na Palmerston przyplywa statek z zaopatrzeniem z Nowej Zelandii dwa razy do roku. Jeden koles, Bill, zawsze zamawia kilka kg mrozonych kurczakow z KFC.

Niue. Cos nowego. Nie typowa swieza wulkaniczna wyspa czy atol. Plaska, kamienna wyspa, podniesiona na 30m z milionem jaskin, zamieszkanych przez niebieskie niuanskie trole jaskiniowe. Poznalismy Henrego Skorka, polaka, jedynego z reszta, ktory mieszka na Niue od 12 lat. Z zawodu architekt, wybudowal dom premierowi wyspy, za co latwo dostal obywatelstwo. Dom wygladaja bardzo polsko, troche sie czuje jak w malej chatce pod Tatrami, w ogrodzie papaje zastapily gruszki, a nonu jablka. Jezdzimy z Henrym po calej wyspie i gramy w bilard.

Po imprezie w jacht klubie zyskalismy nowego zaloganta, Tobiasa, niemieckiego hipisa.

K.

----------
radio email processed by SailMail
for information see: http://www.sailmail.com

Saturday, September 11, 2010

Palmerston and Niue

Palmerston blooms on the horizon. Our bland passage seemed to take forever. Since leaving French Polynesia we counted more on the 1 kn current than on the wind. As one wise Englishman put it: Day after day, day after day,/We stuck; nor breath, nor motion,/As idle as a painted ship/Upon a painted ocean. Mantra Ania is waiting for us, and after arriving and helping them out a bit, they leave within a day or so. Hopefully we will meet again. A few days ago they just left Tonga, and we are just arriving...
Palmerston is one of those places with its own, very peculiar history. On it live about 60 people, all related, all stemming from the patriarch William Marsters who some time ago came to the atoll with his 3 wives. He set up strict inter-marriage rules and all the families share one motu. Upon arrival we are taken in to Bob Marsters' Family. Each arriving boat becomes a member of one Marsters family. That's one of the many Palmerstonian traditions. Bob ferries us to and from land. The lagoon is inaccessible to yachts, which is probably why there is no ciguatera. We meet the family and quickly get absorbed into their way of life. Cleaning, cooking, fishing, chores and all. We ask Taia, one of Bob's daughers if we are the coolest yachties ever. She says we hold 3rd place. This month. Wow, what a sizzling shock. We play with the kids, help more than most yachties, husk more coconuts than any, ever, and make donations of tropical fruit drink...and we get 3rd place? We finish off our stay with na acrobatics show on the sand and off of the boat. Upon leaving we hold 1st place.
We leave Palmerston in a dead calm. One day later we very much seem like a painted ship upon a painted ocean. We head for Niue, dubbed the rock of Polynesia. And it really is like a rock in the sea with caverns and ragged edges, just like in Batman movies. On Niue we spend most of our time with Henry, a Polish expat, residing on this tiny island for the last 12 years. An architect, Henry built many houses including his own and has a garden that inspires envy even in garden-dumb people like myself.
One rainy night we find ourselves in NYC (Niue Yacht Club) sitting beside the crew from Infinity. I first was awed by Infinity (and all her 150 tons of ferro-cement) in Papeete when I was looking for a welder for our tattered tanks. Sheridan offered his expertise, but in the end we opted for a chewing-gum solution and Infinity left Papeete soon after. After the party faded with the rain into the warm night, we find ourselves back on our boat with two guests: Tobias and Domitille. Tobias raises the option of him joining us to Tonga as he'd like to get to Australia and Infinity is going to infinity and beyond, but not to Australia.
In the end we don't leave Niue when we plan and are delayed and all of a sudden we are four. On his 'leaving party' aboard Infinity I got an all too brief chance to meet some fascinating personalities. I briefly mentioned Sheridan, who is now Captain and appears to me like a vast ocean of calm, and I also met the Aussie Pete. Pete, filthy with character, while enjoying a brew during a civilized drinking game, calls me a dirty cunt and yells 'swallow bitch', then admits he greatly enjoys fucking up Polish captains. But behind those small beady eyes I saw a sweet, harmonica blowing, Angel. Tobias confirms it.

----------
radio email processed by SailMail
for information see: http://www.sailmail.com

Sunday, August 22, 2010

Iles Marquises to Maupihaa, June 22 - Aug 19

With sand stuck to my feet and coconut milk stains on my shirt I watch as H & K prepare the boat for sea, encore une fois. Maupihaa is where we are. For two days we are alone, thinking the atoll deserted. We make a big fire and watch the stars circle our anchor lights as numerous crabs silently crab around us leaving eerie marks in the sand. The day before we leave, we find two families living and working copra at the end of one of the motus. We are here with Mantra Ania a boat from Szczecin, Poland, just like our boat. Mantra Ania is small (6m), with an even smaller, but obviously brave crew, Dawid and Marta. They've sailed from Venezuela and since Tahiti we've been sharing breakfasts and anchorages. But alas our time to navigate that treacherous pass and leave, has come once more.
The last few weeks make me dizzy as I reminisce. My father visiting us with his family and Johnny, my cousin (DJ Mango, as we named him). They are with us from iles Marquises, across the Tuamotus to Papeete, Tahiti. A day after they leave, we meet Marta and Dawid. We also meet Nashachata, another Polish boat sailing to Chile. We celebrate. Then my uncle (Johnny's father) comes with his wife and daughter (DJ Peach). And all of a sudden the RPM's of our lives are cranked up, as my uncle is a man of action and many words. After two large Bora Bora parties, two regattas (Mantra and us), countless spreader jumps and wake boarding wipe outs, my uncle et al. leave us sleep deprived and spent. We leave Bora Bora and head to the nearest island west of us, Maupiti, but finding the pass impossible to cross except with a helicopter we head for Maupihaa, the last island on the Western side of French Polynesia. And that my friends is the last two months in a coconut shell. Somewhere in there is a Miss Ua Pou show (very nice), a night out with our friend Gendarme Daoh, and 3 French soldiers from the engineer corps, Henrik and Dawid's cake baking competition (in a pot, as we have no oven), and Kina putting ink under my skin. I can't say where we are going to next, as it's bad luck, but I will write about it promptly and truthfully, as always. For now, we leave French Polynesia and her beautiful women and mountains and atolls and paperwork. Once more we are three.
Lukasz

----------
radio email processed by SailMail
for information see: http://www.sailmail.com

Monday, August 9, 2010

9 sierpien

9 sierpien

W Baie de Hakahau na Ua Pou czekala na nas osobliwa niespodzianka. Dzien po przyplynieciu mialy sie odbyc wybory miss wyspy. I rzeczywiscie, piec urokliwych dziewczat prezentowalo swoje wdzieki w strojach wieczorowych, tradycyjnych i kapielowych, przy akompaniamencie granej na zywo muzyki ukulele i bebnow. Konkurencje byly z kolei przerywane tradycyjnymi markizianskimi tancami w wykonaniu tubylcow ubranych w stroje uplecione z lisci palm. Spokojne tance kobiet i wojownicze tance mezczyzn. Gdy sie pomysli, ze jeszcze niedawno panowalo tutaj ludozerstwo, naprawde mozna sie przestraszyc. Po wyborach dyskoteka. Nasza czworka byla jedynymi bialymi na imprezie. Heh, dziewczyny troszke jak za czasow kapitana Cooka, dosc agresywne, ale niestety tylko te malo urodziwe. Do tego, oni maja tu na polinezji ta trzecia plec - mahu, czyli faceci wychowani na kobiety. Damski ubior i zachowanie mialy ich chronic od zabojstwa w czasie licznych wojen. Zazwyczaj sa to najstarsi synowie rodziny, w tutejszej kulturze osoby super szanowane. Jednakze dla nas stanowilo to pewna zagwostke. Do dzis nie wiem czy osoba, z ktora przez wiekszosc czasu tanczylem byla kobieta, czy tylko ja udawala.
Po kilku dniach zahaczylismy o malutka, niedostepna zatoczke na zachodzie wyspy. Kapitan zrobil sobie markizianski tatuaz. Zupelnie inaczej jest odwiedzac miejsca, gdzie jest duzo jachtow, a takie mniej popularne. Od razu podplyneli do nas lokalsi w drewnianych pirogach i ofiarowali nam ryby i owoce.

Kolejne 4 dni na oceanie i wyladowalismy na Fakaravie, atolu w archilepagu Tuamotu. Niesamowita wyspa. Jeszcze rok temu nie wiedzialem, ze takie miejsca w ogole istnieja. Pozostalosc po duzej wyspie wulkanicznej, waski pierscien koralu, szeroki na nie wiecej niz 200m. Niezliczone palmy, piekne rafy, blekitna woda, setki krabow, domki kryte liscmi palm kokosowych. Na plazach, zamiast piasku, kawalki poruszonego koralu. Miejsce jak najbardziej odpowiadajace definicji raju. Srogi z Jasiem wybrali sie na nurkowanie z pradem, w wejsciu do atolu. Jest to w top10 najlepszych miejsc do nurkowania na swiecie. Lukasz ustrzelil z kuszy kilka gruperow. Duzo rekinow, w wiekszosci jednak male - do 1,5m. Gdy sie wrzuca do wody resztki patroszonej ryby, w ciagu kilku sekund zjawia sie ich kilka.

Papeete przywitalo nas gradem samochodow, swiatel, wylansowanych ludzi i pubow z dodatkiem kilku zaglowcow, paru bezdomnych i szlauchem ze slodka woda na doku. W koncu po myciu siebie, naczyn i ubran, nie ma bialego, slonego nalotu. A wiec tak wyglada to legendarne Tahiti. Ciezko jest sobie wyobrazic, ze to wlasnie to miejsce, centrum duzej czesci kultury polinezyjskiej, ktore i niemala role odegralo w kuturze europejskiej.
I tu niespodzianka. Spotykamy dwa polskie jachty:
-Nashachate, plynaca w zla stone, pod wiatr, do Chile
oraz
-malutka Mantre Anie, ktora robi juz trzecie okrazenie swiata w swojej trzyletniej historii
Przesympatyczne zalogi. Pozdrawiamy!!
W koncu mamy swoje male polskie towarzystwo zeglarskie, tak jak Niemcy mieli w kazdym poprzednim miejscu gdzie sie zatrzymywalismy.
Po ciezkim polskim wieczorze wybralem sie na kilka dni stopem na wycieczke naokolo Tahiti. Autostopowy raj. Najdluzej czekalem 5 minut. Przepiekne marae - polinezyjskie swiatynie, jaskinie, wodospady. Przejechalem sie tez kawalek droga przez gory, z kolesiami scinajacymi bambusy.
W miedzy czasie przyjechali do nas kolejni goscie - Lukaszowy wujek Gerard z ciocia Kasia oraz ich piekna corka Julia. Jestesmy rozpieszczani przepyszna polska kuchnia cioci Kasi.

I niestety, my mamy tylko 7 miesiecy, a Pacyfik az 20 tysiecy wysp, w kazdym odwiedzonym przez nas miejscu chcielibysmy spedzic przynajmniej tydzien lub dwa wiecej. Ale nie da rady. Po Tahiti udalismy sie w slad za Mantra Ania do oddalonej o 10 mil Moorei. 10 mil a jakbysmy sie znalezli w innym swiecie. Wyspa - ekspozja zieleni, malutko turystow, przepiekne widoki. Spotykamy lokalnego ekologa tradycjonaliste, opowiada o swojej kulturze, o zamorskich podrozach, zamorskich gosciach i prezentach dla zamorskich gosci. W pewnym momencie znika i wraca z siatka pelna kokosow, papaji, mango, star fruits i pomaranczy. Ogladamy prezentacje tahitianskich tancow. Tancerki w kolorowych strojach, ruchami odzwierciedlaja spokojna nature polinezyjskiego zycia. Klimatu dopelnia energiczny fire show, tak zupelnie inny od tych znanych w europie skopiowanych wersji.

Ostatnie kilka dni z kolei spedzilismy relaksujac sie w idealnie oslonietym przejsciu miedzy wyspa Huahine, a malutka koralowa wysepka tuz obok. Tylko dwa jachty. Zero sklepow. Kilka domow. Snorkeling. Plywanko. Czas plynie na polinezji zupelnie inaczej juz w Europie. Bardzo latwo zapomniec tutaj o tym ze swiat gdzies indziej nadal biegnie. Nie mysli sie tutaj klotniach politykow, o korupcji, o wyscigach szczurow, czy o tym ze kogos wlasnie nie dostal kolejny raz wyplaty...

Karol

Aaa no i tak w ogole to tu mozna kupic zubrowke za 100zl albo jakies szalone lokalne wodki o smaku np waty cukrowej;p

----------
radio email processed by SailMail
for information see: http://www.sailmail.com

Tuesday, July 6, 2010

Nuku Hiva

6 lipiec

21 czerwca rano, po 28 dniach na oceanie, wypatrzono na horyzoncie Ua Huka, a chwile pozniej Nuku Hiva w archipelagu Markizow. Bylo to bardzo dziwne uczucie - nagle idealna ciaglosc horyzontu byla czyms zaklocona. O zachodzie rzucono kotwice w zatoce Taiohae, tuz kolo stolicy imperium Markizow - metropolii o tej samej nazwie zamieszkanej przez az 2000 mieszkancow. Jestesmy pod wrazeniem wulkanicznych gor porosnietych lasami palm, zapachem ziemi i plonacych lupin kokosow oraz zadziwiajacej liczby samochodow jezdzacych, jak sie wydaje, w ta i spowrotem po jedynej w miescie drodze.
Kolejnego dnia, chwiejnym, nieprzyzwyczajonym do stalego gruntu pod nogami, krokiem, eksplorujemy wioske. Obserwowani przez przepiekne kobiety z kwiatami we wlosach i dzikie kurczaki siedzace na palmach udajemy sie na odprawe do lokalnych przedstawicieli wladz francuskich.
Wieczorem, gdy pijemy wino pod drzewem, podchodzi do nas niewysoki, bialy facet i krzyczy "Pologne genial!" Okazuje sie to spotkany wczesniej gendarme. Konczymy wino, on kupuje kolejna porcje, zapraszamy go na jacht. I tak przyjazn polsko-kanadyjsko-szwedzko-francuska konczy sie przesunieciem wszystkich planow o jeden dzien.
Kilka dni pozniej przyjechal do nas armator z zona, dzieckiem i kuzynem Lukasza. Okazuje sie, ze Nekton rzeczywiscie doplynal na Polinezje, a nie ze zaloga siedzi od miesiaca w knajpie w San Francisco:D
Wszyscy razem plus zaprzyjaznieni gendarmowie dwa razy udajemy sie na poszukiwanie ponoc jednego z najwyzszych wodospadow na swiecie, ale raz sie gubimy, a drugi raz zdajemy sobie sprawe, ze wyruszylismy za pozno i zaraz bedzie ciemno. Potem i tak dowiadujemy sie, ze w wodospadzie nie ma wody.
Ogladamy piekne, bardzo energiczne markizianskie tance, mlode dziewczyny jezdzace konno po plazy bez siodel i myjace pozniej te konie w oceanie.
Pijemy piwo z browaru z Tahiti - 12 zl za puszke w sklepie.
Gramy z tubylcami na bebnach.
Nurkujemy na rafach koralowych.
Probujemy, z sukcesami, ale nadal dosc nieudolnie, otwierac kokosy.
Wcinamy mango, banany, pumpelmusy (chyba najsmaczniejsze owoce, jakie kiedykolwiek jadlem).
Sluchamy europejskiej muzyki z przenosnych bum boksow, noszonych przez wszystkich lokalnych luzakow.
Heh, kazdy spotkany tutaj bialy, wlasnie przeplynac jakies pol oceanu i wlasnie plynie gdzies dalej do jakiegos kolejnego istnego raju na ziemi.
Jutro prawdopodobnie plyniemy na Ua Pou, a potem dalej na zachod na archipelag Tuamotu.

Karol

----------
radio email processed by SailMail
for information see: http://www.sailmail.com

Monday, July 5, 2010

From the last entry to July 4th

On June 26 the screech of tires touching down on the tarmac is heard by a wild rooster pecking at a coconut and a wild horse. Out of the plane emerge my dad, his wife, their son and my cousin, Johnny. They bring spices and music; two things we starve for. We is us Three, but now we are seven. But allow me to describe our own arrival to Les Iles Marquises, The Marquesas Islands. Two weeks earlier, after 28 days at sea, the image of Nuku Hiva, along with the sweet smell of coconuts and shrubbery fills our senses to the rim. After the sun slid behind the hill overlooking the Bay Taiohae, but before it slipped under the horizon, we drop anchor. One, two, three beers, to celebrate. A bottle of wino. And wow. We are here, after so long and so much of ocean and blue sky and miles and miles of water under the hull.
That first night we admire the large amount of cars (for such a small town) gliding along the mountainsides and the crackle of the VHF in the Swedish language. Truly a strange first night. The next day we do our check-in and explore the small town. In the evening (the next, or the one after that) we are sitting under a coconut palm enjoying a bottle of Merlot when the local Gendarme approaches to say 'Hello'. He checked us in, but now he's in civilian clothes and eager for some conversation. And so we deliver and a beautiful friendship blooms into existence. After hiking around a number of times, and meeting more Gendarmes, we are set to meet up again in Papeete, for we have now left Taiohae and are cruising around the numerous bays around the island of Nuku Hiva.
Things I've seen here that I've never seen before: Chicken eating a coconut, a horse a mango, a Marquesan girl (roughly my age) galloping bareback along the beach, her torso tattoos flashing by in the midday breeze.
Slowly we adapt to the cruising life. First it was mental preparation, then it was all the mechanical and so on preparations. Then the jump across that blue puddle, and now this. But all variations on a similar theme.
Adios,
Lukasz

----------
radio email processed by SailMail
for information see: http://www.sailmail.com